wtorek, 9 października 2018

Eddy

Nagle zrobiło się zimno, do tego stopnia, że wyciagnęłam z szafy zrobioną chyba 2 lata temu czapkę. Na chore zatoki jest idealna :) A historia jej powstania była bardzo szybka:)
Co się zobaczyło, to się już nie odzobaczy.
I zobaczyło się najpierw czapkę tu. I już wierciło w brzuchu i nie dało spać.
I zaczęło się kobinowanie - zrobić, nie zrobić, a jak zrobić to z czego i czy znów z fioletowego.
Ale jak się zobaczyło u Effci, to już było wiadomo - odgapiam. Kupiłam włóczkę natychmiast i zrobiłam i mam i strasznie lubię.



Siłą rozpędu zrobiła się też wersja męska z małą modyfikacją w postaci podwiniętego brzegu a całkiem niedawno jeszcze wersja słoneczna. Motek Malabrigo Rios idealnie wystarcza na czapkę z podwiniętym brzegiem i z pomponem.
Wzór jest ciekawy, podobnego wcześniej nie widziałam, a przecież internety pełne wzorów wszelakich.
Polecam!

Wzór: Eddy
Druty: 3,5 i 4,5 mm
Włóczka: Malabrigo Rios w Kolorach Zarzamorra, Candombe i Sunset
Zużycie - 1 motek na każdą

A żeby nie było tak tylko czapkowo, to potem w komplecie do czapki przydarzył się też słoneczny  komin:)





środa, 5 września 2018

Drutozlot 2018

Która to już próba powrotu na bloga?
Nie powiem, myślę o tym często, brakuje mi kontaktu z czytelnikami, a wpisy na FB to nie to samo. Myślałam, że jak stworzę fanpage to będzie z tym trochę lepiej, ale nie jest. Blogi mają swoją specyfikę, którą trudno zastapić.
Bloguję z przerwami od kilkunastu lat, chyba po prostu ciągnie mnie do tego :)
Nie obiecuję, nie deklaruję częstotliwości wpisów, bo znów skończy się poczuciem, że zawaliłam. A pisanie ma być przecież radością. :)

Byłam na Drutozlocie! W końcu:)
Ta największa w Polsce impreza dla wielbicielek dziewiarstwa, włóczek i wszystkiego, co z nimi powiązane, kusiła mnie od samego początku. Czytałam z wypiekami na twarzy relacje i marzyłam, żeby pojechać. Niby daleko, niby strach, że się nie odnajdę, że wydam mase kasy i nie będę zadowlona... ale zawsze jednak to okoliczności zewnętrzne nie pozwalały jechać.
W tym roku tylko wzdychałam, że pojechałabym, ale nawet nie brałam pod uwagę, że się uda. Założyłam, że nie jadę.
Kumpel jednak mnie zmobilizował i powiedział - a dlaczego nie? Nawet jeśli nie na całość, to choć na chwilę. I tak marzenia stały się rzeczywistością. :)

Dotarłam na miejsce jakoś po 11.00 w sobotę, ominął mnie słynny biforek, czego bardzo żałuję. Za rok nie odpuszczę:) Nie mogłam trafić na miejsce, Toruń jest dla mnie kompletnie nieznany, choć odwiedziłam go niedawno. Na szczęście koleżanki z warszawskich spotkań szarotkowych postanowiły akurat wtedy pójść na spacer i spotkałam je na ulicy a one zaprowadziły mnie na miejsce :)

Nieśmiało zajrzałam do gmachu Międzynarodowego Centrum Spotkań Młodzieży a tam istne szaleństwo.
Od progu włóczki, stoisko Hani i Daniela, twarze, które znałam tylko wirtualnie... Zaskoczeń było sporo - a to jedna o wiele wyższa niż na zdjęciach, a to któraś jest piękniejszą wersją siebie, albo wydająca się na FB poważna dziewczyna okazuje sie być roześmianą gadułą:)
Przytłoczyło mnie to wszystko. Cichutko obeszłam stoiska wystawców, wróciłam do Hani, gdzie pochwaliłam się sweterkiem zorbionym z ich włóczki... postanowiłam kupić jakąś włóczkę, jako i pamiątkę z drutozlotu i na sweterek.
Chodziłam od swoiska do stoiska, miziałam, dotykałam, podziwiałam kolory... nastawiłam się na zdecydowane kolory w chłodnym odcieniu i uciekałam od fioleów, choć te zawsze do mnie wołają:) Okazało się, że ciemne włóczki zeszły na pniu prawie wszędzie - przyjechałam za późno, a jesli coś zostało to w pojedyńczych motkach - za mało na sweterek w moim słusznym rozmiarze.
Wszystko mi wykupiłyście! ;)
W międzyczasie odebrałam przypinki Dzianej Bandy, odważyłam się odezwać do kilku dziewczyn, kilka zaczepiło mnie... spotkałam bywalczynie spotkań szarotkowych, doczekałam się na koleżankę, na którą bardzo czekałam, złapałam na wejściu Herbi - założycielkę Dzianej Bandy :).
Odbierałam całą imprezę bardzo indywidualnie, osobiście, skupiając się na szczegółach, pojedynczych osobach i chłonąć atmosferę miejsca.
Wszędzie widziałam uśmiechy, serdeczność, udziergi, włóczki, dziewczyny pochłonięte robótkami, rozmowami, zachwytami nad włóczką - istny raj, bo to samo mi w duszy gra przecież. Nie przestawałam się uśmiechać.
Prawie wszystkie dziewczyny przyszły w swoich udziergach, było co podziawiać! Fajnie jest zobaczyć włóczkę w gotowym wyrobie, wyobraźnia szalała i zaraz chciałam mieć je wszystkie :) Zauroczyły mnie różne wykonania sweterka Lea od Chmurki, mnóstwo wersji drutozlotowej chusty, chusta jednej z dziewczyn, sukienka...
Ja sama miałam dylemat w co się ubrać, w końcu zdecydowałam się na dopiero ukończony topik, dość odważny, bo odsłaniał sporo, ale też jak się okazało idealny, bo atmosfera panująca na zlocie była gorąca nie tylko w przenośni a jedwab był bardzo przyjmny dla skóry w tych warunkach.
Niestety po powrocie do domu okazało się, że mimo wcześniejszej próbki, przymiarek, blokowania, top okazał się za duży. Spłatał mi kilka razy figla na zlocie, bo ramiączka też były trochę za długie, ale dopiero w domu okazało się, że tył powinnam zrobić sporo węższy. Na imprezie maskowały to rozpuszczone włosy. Jest piękny, włożyłam w niego ogrom pracy, ale niestety będzie spruty.

Czas szybko mijał na rozmowach, drutowaniu, kolejnym obchodzeniu stoisk w poszukiwaniu tej wyczekanej włóczki... Kusiły fiolety u Hani i Włóczek Warmii, szarości u Slavica Yanrs, farbowanki 7 oczek, fiberro... Już wiem, że u Włóczek Warmii chcę polować na włóczkę ze srebrną nitką, kolor, który mieli był zbyt jasny dla mnie. Jak uda się zaoszczędzić, to sięgnę po szarości Chmurki i butelkową zieleń od Motkomanii. W Biferno za duży wybór wszystkiego.  :) Zwyczajnie nie umiałam określić, czego tak naprawdę chcę.
Aż w końcu za którymś razem dorwałam upragniony motek w pięknych granatach z kroplami fioletu. Zachwyciłam się, zaczęłam buszować  w motkach... okazało się, że zostały dwa! Za mało na sweter. :(
Ale już nie chciałam czegoś innego. Na szczęście Hania i Daniel to bardzo życzliwe osoby, obiecali, że ufarbują mi włóczkę na ten właśnie kolor.
Z Drutozlotu wróciłam więc naładowana dobrą energią ale bez włóczki, za to z postanowieniem, że wygospodaruję więcej czasu na druty, odkurzę bloga i zacznę częściej jeździć na wszelakie spotkania dziewiarskie.
Czas mijał nie wiadomo kiedy. Przez dwie godziny nie udało mi się iść do bufetu po obiad, bo ciągle coś. A to się zagadałam, a to zapatrzyłam na jakieś stoisko, a to konkurs, a to zdjęcie zlotowe:)
Ani sie nie obejrzałam a czas minął, już miałam telefon, że muszę wracać... Ale jak to? W trakcie rozmowy, uścisków, drutowania? Jeszcze po drodze byłam zaczepiana przez osoby, które mimo mojej nieobecności na blogu i zaprzestania publikowania udziergów pamiętały mnie :) Strasznie to było miłe.
Wracałam do domu i nie przestawałam się uśmiechać, ta radość i energia jeszcze długo będą w sercu i pamięci.
Zdjeć zrobiłam niedużo, wolałam przeżywać:) Zapominałam o aparacie, inne sprawy były ważniejsze:)
Ale trochę ich jest, nie tylko moich:)

Tak, to TE kolory :)





Muszę, muszę zrobić ten cardigan :) bardzo mi się podoba :)


Z Herbi i Alicją:)

Z Mao :)



Kasię podziwiam od dawna, bardzo chciałam ją poznać :)

Złapałam i trzecią organizatorkę na zdjęciu :)

Przemiła i bardzo sympatyczna moja idolka 0kruch :)


Zdjęcie małej części zlotowiczek:) Pan Fotograf  Dariusz Jutrzenka-Trzebiatowski cierpliwie i profesjonalnie ustawiał nas do zdjęć:)


Przypinki :)

I jeszcze kilka zdjeć z innych źródeł:) gdzie zalapałam się na fotki - żródło: http://www.torun.com.pl/10240,l1.html





Fotki, oprócz blogów, strony Drutozlotu i FB jeszcze tu i tu :)

A co do mojego blogowania... troszkę udziergów mam do pokazania, ale nie mam zdjęć. Problem z tymi "na ludziu", chyba, że manekinowe albo na płasko, bez wkładki ludzkiej. Choć to nie to samo...
Pomyślę o tym:)

wtorek, 23 maja 2017

Szarotki czyli ogólnopolskie spotkanie dziewiarskie

Witajcie.
Długo mnie nie było i pewnie jeszcze jakiś czas w temacie drutów będzie cicho. Kontuzja ręki uniemożliwia mi drutowanie a widok nieskończonej robótki i pięknych motków czekajacych na przerobienie wkurza mnie niemiłosiernie. Tęsknie bardzo za drutami w rękach, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę.

Za to chciałabym Was dzis zaprosić na  ogólnopolskie spotkanie szarotkowe.
Kto czyta mnie od dawna ten wie, że warszawskie dziewczyny drutujące i szydełkujące spotykają się od lat cyklicznie na wspólne drutowanie, podziwianie rękodzieła, naukę i pogaduchy o wszystkim.
Atmosfera zawsze jest sympatyczna, jest gwarno, można sie nauczyć wielu ciekawych rzeczy, podpatrzec techniki, pogadać i miło spędzić czas.
Tym razem jednak spotkanie będzie miało zasięg ogólnopolski i pomyślane jest na dużo większą skalę.
Spotkanie odbędzie się w kampusie SGGW 4 czerwca od 11.00 do 17.00
Będzie można pomacać i kupić włóczki, będą konkursy :)

Szczególy TU

Dziewiarki, przybywajcie!

piątek, 17 marca 2017

Znów na drutach mi nie wyszło...


Nie wszystkie projekty, które schodzą z drutów są udane.
Chyba każdy takie ma.
Coś, co zachwyciło, trzeba było to zrobić już natychmiast, a potem leży zapomniane w kącie szafki.
Albo wyciąga się to, niby nosi, no bo przecież to praca rąk własnych, ale jakoś nie leży, no po prostu "nie ma chemii".

Ja też mam takie udziergi. I postanowiłam je tu pokazać. :)
Od samego początku:)

1. Od samego początku to moje dzierganie jakoś szło, te najprostsze udziergi były chętnie noszone i po prostu użyteczne.
Aż kiedyś w 2010 roku zrobiłam poncho, moje pierwsze zresztą. Nie było wtedy jeszcze dostępu do dobrej jakości włóczek, w pierwszym napadzie dziergania kupiłam więc rożnych różności włóczkowych, które okazały się potem niestrawnymi akrylami.
Ale wtedy jeszcze stwierdziłam, że czarne, dość grube motki, będą fajnym materiałem na poncho.
I zrobiłam:



To jedyne zdjęcie, jakie posiadam. To zwykłe poncho wzorem z liści, zrobione z dwóch prostokątów. I zrobione z czystego akrylu pod nazwą Puchatka, czy coś w ten rzucik.
Tak właśnie.
Nie chciało się to blokować (oczywista oczywistość), więc żeby się to jakoś układało na ludziu, potraktowałam żelazkiem. Pod wpływem gorąca stało się bardziej lejące i wszyscy, którzy do tej pory mnie w tym widzieli (może ze 4 razy?), mówili, że ok, że pasuje, że ładnie wyglądam. Może i tak, ale nie czuję się zupełnie. No nie i już, skrzypi mi w głowie ten akryl od samego noszenia i przypomina każde skrzypiące przerabiane oczko. Poncho więc leżało ze 3 lata w pudle przeprowadzkowym. A że ostatnio były porządki, to poncho pojechało w świat, może komuś się przyda. :)

Kolejna nieudana rzecz, przy której bardzo się napracowałam, to komin.



Zrobiony dziecku w komplecie z czapką. Czapka była noszona aż do zmechacenia, aż synek nie wyrósł, za to komin leżał. Sam w sobie był piękny, tylko, że młody się po prostu z nim nie polubił. Od zawsze był na nie dla wszelkich szalików i innych szyjogrzejów. Na szczęście i komin i czapka dostały drugie życie, zostały przerobione na dorosłą czapkę, którą niedługo pokażę:)

Kolejny niewypał to szalik z malabrigo lace. Robiony podwójną nitką na drutach 3mm miał ogrzewać mężowską szyję. Został założony raz pod przymusem. W tym roku zlitowałam się i go sprułam, wełna czeka na wenę. I na kogoś, kto ją doceni:)



Kolejną niezbyt udaną rzeczą były mitenki. Gasteropoda  to wzór ciekawy, mitenki robi się dookoła w poprzek. Tyle tylko, że zakładanie takich długich mitenek, gdzie nie wiadomo czy pod rękaw bluzki czy na, mija się z celem. Są zwyczajnie niepraktyczne, a szkoda, bo zmiany kolorów fajnie układają się w robótce. Mitenki również zostały sprute - będą z nich skarpetki:)



I jeszcze jedna nieudana rzecz. Sweterek Dahlia. Tak bardzo byłam podekscytowana tym projektem i tak bardzo chciałam go nosić, że moje rozczarowanie było potem ogromne.
Nie umiem nosić takich swetrów. Spadają mi z ramion, nie układają się, no nie i już, a naprawdę dzielnie próbowałam.
Do tego rękawy trochę za wąskie mi wyszły - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że we wszystkich projektach muszę mierzyć głównie obwód ręki a dopiero potem patrzeć na inne wymiary.
Sweterek czeka na prucie.


Więcej grzechów nie pamiętam. Jak widzicie, nie są to jakieś spektakularne wtopy, same robótki były udane, tylko przeważnie nie zgrały się z właścicielem, czy to z powodu fasonu, czy użyteczności. 
A czy Wam wszystko zawsze wychodzi tak, jak chcecie? Macie coś niezbyt udanego?

wtorek, 14 marca 2017

Baila

To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Gdy zobaczyłam czapkę Pauli, koniecznie chciałam taką mieć. Już, natychmiast i to w tym samym kolorze.
Niestety, jak to ze mną bywa, oryginalna włóczka okazała się nie-do-dostania :( Smutek.
Jednak nie na długo, bo jak wiecie, dostałam od Tupci dwa cudne motki Malabrigo Chunky.
Jeden ravelry red - z którego powstała poprzednia czapka, a drugi - azul bolita.
Kupiłam więc wzór i bardzo szybko powstała moja Baila:) Jeszcze przed tą czerwoną czapą.

Wiem, idzie już wiosna, a ja o czapkach. No cóż, zawsze chadzam własnymi drogami:)
Oto moja Baila:)








Jeden motek wystarcza w sam raz na czapkę. Przerabiałam zgodnie z wzorem na drutach 5, 5,5 i 6 mm.  I bardzo ja lubię, W największe mrozy świetnie sprawdzała się razem z ulubionym kominem:)


niedziela, 19 lutego 2017

Na czerwono przeganiamy zimę:)

Wbrew pozorom lubię kolor czerwony. Nie każdy, ale odcienie chłodne, przykurzone, ciemne, są zdecydowanie moje.
Herbimania ogłosiła akcję przeganiania zimy właśnie tym energetycznym kolorem.
Mam dość tegorocznej zimy i miałam ochotę własnie na coś mocnego, optymistycznego i z charakterem:) A że dostałam od Tupci włóczkę w najbardziej czerwonym kolorze, jaki tylko jest, to było wiadomo - będzie czapa:)





Kolor to ravelry red, oczywiście na zdjęciach jest przekłamany, zresztą na każdym z trzech monitorów wygląda u mnie inaczej. Uwierzcie na słowo - jest bardzo czerwony i daje powera, bardzo tę czapkę lubię:)

Wzór wymyśliłam sama, a w zasadzie od razu wiedziałam, że to będzie fałszywy ścieg patentowy czy jakoś tak się to nazywa:) Tu kolor robi robotę, nie potrzeba kombinacji alpejskich:)

A w następnych wpisach - kolejne czapki:)

poniedziałek, 13 lutego 2017

Romans

Historia tego sweterka nie była aż tak skomplikowana, jak poprzedniego udziergu.
Gdy wróciłam do dziergania, z miejsca zajrzałam do znanych sklepików włóczkowych, starych blogów i okazało się, że sporo się zmieniło w drutowym świecie przez 2 lata. Na przykład Tupcia zaczęła farbować włóczki na obłędne kolory. Z miejsca zakochałam się w sorbecie wiśniowym, w kilku innych zresztą też.
Jakoś w tym samym czasie pokazał się wzór na sweterek Melanie.
Od razu wiedziałam, że go zrobię i to właśnie z tej nitki. Chwilkę trwał dobór drugiej nitki do kompletu. Idealnie mi pasowała Vaniccia z Lany Gatto - kompletnie mi wcześniej nieznana. Skusił mnie kolor.
I gdy tylko miałam przerwę w dzierganiu Multiróżu (w oczekiwaniu na włóczkę), wzięłam się za Melanie. I nawet pierwszy raz w życiu zrobiłam próbkę. :)))
Była miękka jak chmurka, aż trudno było przestać ją dotykać.



Bałam się tego sweterka jak diabli. Próbka wyszła mi za mała o centymetr. Cośtam więc poprzeskakiwało na tych moich niematematycznych neuronach i wybrałam rozmiar.
Na szczęście Aga zwróciła mi uwagę, że mówiłam o swoich niewymiarowo grubych ramionach i doradziła większy rozmiar. Gdyby nie ona, siedziałabym teraz rwąc włosy z głowy i płacząc nad pięknym swetrem, którego nie mogę nosić.



Sama robótka poszła jak z płatka. Błyskawicznie, aż do momentu, w której zabrakło mi włóczki moherowej. Na pół rękawa, uwierzycie? Znów!
Dziwnym trafem jednej i drugiej włóczki schodziło mi po równo, inaczej niż we wzorze.
A chciałam rękawy troszkę dłuższe niż w oryginale. Więc czekałam prawie miesiąc, aż w sklepie pojawi się moherek, bo okazało się, że tam również go zabrakło.
No ale już skończyłam, uprałam, ponosiłam i mogę się pochwalić:)
Oto moja Melanie, czyli romans eleganckiego wzoru z niebywałą włóczką.




Sweterek pięknie się układa, jest bardzo wygodny i ciepły. Wzór jest czytelny, dokładnie rozpisany, zgadza się co do oczka. Jest to mój najbardziej elegancki udzierg i kocham go, choć jest to trudna miłość.
Tak, niestety ten piękny wiśniowy moherek żre. Nie gryzie, nie podgryza, nie drapie, ale żre jak wściekły. O wiele bardziej niż Multiróż, który przecież jest wensową szczotką.
Co prawda Melanie noszę na gołe ciało i jakoś wytrzymuję, ale pod koniec dnia pracy przy dekolcie mam czerwone ślady na skórze.  Niestety.
Ale wiecie, że jak kot* się na coś uprze, to nie ma mocnych?
Więc noszę i będę nosić i niewykluczone, że zrobię jeszcze jeden. Kiedyś.
Żałuję, że z mojego ulubionego Kidmohairu Adriafilu nie było takiego odcienia włóczki.
No cóż.
A może znacie jakiś inny Kid Mohair, który nie gryzie?



No i metryczka:
Wzór: Melanie
Druty: 4mm
Włóczka: KolorLove Sorbet Wiśniowy od Magicloop i SilkMohair Vinaccia z Biferno
Zużycie: po 6 motków

A teraz już nie mam wyjścia, zamęczę Was czapkami:)


* Kotem nazywa mnie mój osobisty mąż i chyba coś w tym jest ;)

poniedziałek, 6 lutego 2017

Multiróż

Czapkostory będzie jednak opowieścią w odcinkach przerywanych innymi wpisami, bo dziewczyny na FB domagają się pokazania sweterka:) A i ja już bardzo chciałam się nim pochwalić:)

Wiecie, dzierganie na drutach to dla mnie jakaś magia.
Bierze się nitkę, zaplątuje na drucie, po chwili jest z tego kawałek czegoś, coraz większy i większy, i w pewnym momencie następuje takie "klik" i nagle udzierg nie jest już nieokreślonym czymś, ale częścią ubioru, jeszcze niedokończoną, ale jednak.
To już nie tylko plątanina nitek, tylko coś noszalnego, co cieszy, zdobi i daje satysfakcję. I wtedy chce się skończyć pracę jak najszybciej, żeby móc już dzieło pokazać światu.:) I zarzucić na grzbiet/głowę, stopy itp.:)

Z tym swetrem było inaczej.

Jego historia jest baaaardzo długa, ma kilka ładnych lat.
Zaczęła się, gdy Laura jeszcze przędła piękną wełnę.
Spojrzałam na kolor i zakochałam się. Co z tego, że to Wensleydale, czyli drapiąca szczotka a nie mój ulubiony corriedale. Ma za to przepiękny kolor i połysk, zakochałam się i już.
Kupiłam i chciałam od razu zacząć robić "coś". Padło wtedy na Ruby - sweterek wymyślony przez Effcię. I miałam już spory kawałek, ale okazało się, że ten fason kompletnie na mnie nie leży. Poszerza ramiona, sprawia, że sylwetka staje się potężna, no po prostu nie czułam się w nim dobrze.
W międzyczasie przyszło mi do głowy, że jednak na sweter to tej wełny mam za mało. Polowałam więc w Laurowym sklepiku na kolejna porcję wensa, i gdy trafiła się w jaśniejszym odcieniu różu, bez wahania kupiłam.
Kombinowałam z tym swetrem ile się dało, paski, nie paski - nic mi nie szło.
Zrezygnowana poprosiłam przyjaciółkę o pomoc, ona robi piękne swetry. Jednak i ona nie miała pomysłu na tę wełnę, zewłok niedopruty przeleżał ładny kawał czasu. Potem wiecie - przeprowadzka, choroba. Tak, minęło kilka ładnych lat.
Aż w końcu, gdy wróciłam do drutów i gdy zobaczyłam Tuptupa w jej wersji Capside Cardi, coś zaskoczyło. Od razu pomyślałam o wensie.
Wrzuciłam na druty - sprutą wełnę, bez prania, prostowania, bez zrobienia nawet próbki!
Szło całkiem sprawnie, pokombinowałam z kolorami, żeby "zagrało" i leciałam z koksem.

Okazało się jednak, że wens jest wełną ciężką i inaczej ją trzeba mierzyć, niż merino czy alpakę. Wełny zabrakło idealnie na rękawy. Czyli 200 g.
Załamana napisałam do Laury, ale okazało się, że sklepik zamknięty na głucho. Odesłała mnie do Justyny, która po obejrzeniu fotek podjęła się wyzwania doprzędzenia i dofarbowania wełny na rękawy.
By jak najwierniej dobrać kolor, całość swetra pojechała do Poznania a potem z powrotem:) Kolor okazał się dobrany prawie w punkt:)
Laurowa wełna nie była równiutko farbowana, w udziergu wyszły pasy jaśniejszych i ciemniejszych tonów, więc różnica kolorystyczna nie rzuca się w oczy a całość ma charakter unikatowy.
Skończyłam mój Multiróż:)

A dlaczego z tym swetrem było inaczej?  Bo podczas robienia nie doczekałam się na mój "klik".
Cały czas się zastanawiałam, czy dobrze dobrałam wełnę do wzoru, czy ta drapiąca szczotka mnie nie zeżre i da się nosić, czy oczka się ułożą, czy trafiłam z rozmiarem...
W sumie nawet po skończeniu i wypraniu nie byłam do końca do niego przekonana.
Zabrałam go do pracy... i dopiero gdzieś po połowie dnia poczułam, że to mój sweter. Taki bardzo mój, którym można się owinąć, dzięki któremu nie marznę w pracy i czuję się w nim po prostu świetnie. Nigdzie mnie nie pije, rękawy nie są za wąskie a gryzienie nie jest uciążliwe.
Zobaczcie same:



Zdjęcia niestety tylko balkonowe, bo z rożnych przyczyn nie udało nam się wyjechać nigdzie w plener.

Mąż mój wybitnie nie lubi fotografowania, ale jakoś udało mi się go namówić.



Oczywiście akademia głupich min musi być:)


I zbliżenia - tu już w świetle sztucznym.



I metryczka:

Wzór: Capside Cardi autorstwa Alicii Plumer
Druty: 3,5, 4 i 4,5mm
Wełna: Ręcznie przędziona Wensleydale
Zużycie: dużo, ponad pół kg na pewno.

Polecam ten fason, jest bardzo wygodny i praktyczny. Przez to, że sweter jest oversizowy, da się nim otulić i na upartego nawet spiąć spinką, ale nie jest to konieczne. Rękawy takie dłuższe, w końcu to sweter z funkcją grzewcza:)

Jeśli zastanawiałyście się, czy go zrobić - polecam. Nie będziecie żałować.:)

Następny post czapkowy czy ze swetrem?