wtorek, 23 maja 2017

Szarotki czyli ogólnopolskie spotkanie dziewiarskie

Witajcie.
Długo mnie nie było i pewnie jeszcze jakiś czas w temacie drutów będzie cicho. Kontuzja ręki uniemożliwia mi drutowanie a widok nieskończonej robótki i pięknych motków czekajacych na przerobienie wkurza mnie niemiłosiernie. Tęsknie bardzo za drutami w rękach, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę.

Za to chciałabym Was dzis zaprosić na  ogólnopolskie spotkanie szarotkowe.
Kto czyta mnie od dawna ten wie, że warszawskie dziewczyny drutujące i szydełkujące spotykają się od lat cyklicznie na wspólne drutowanie, podziwianie rękodzieła, naukę i pogaduchy o wszystkim.
Atmosfera zawsze jest sympatyczna, jest gwarno, można sie nauczyć wielu ciekawych rzeczy, podpatrzec techniki, pogadać i miło spędzić czas.
Tym razem jednak spotkanie będzie miało zasięg ogólnopolski i pomyślane jest na dużo większą skalę.
Spotkanie odbędzie się w kampusie SGGW 4 czerwca od 11.00 do 17.00
Będzie można pomacać i kupić włóczki, będą konkursy :)

Szczególy TU

Dziewiarki, przybywajcie!

piątek, 17 marca 2017

Znów na drutach mi nie wyszło...


Nie wszystkie projekty, które schodzą z drutów są udane.
Chyba każdy takie ma.
Coś, co zachwyciło, trzeba było to zrobić już natychmiast, a potem leży zapomniane w kącie szafki.
Albo wyciąga się to, niby nosi, no bo przecież to praca rąk własnych, ale jakoś nie leży, no po prostu "nie ma chemii".

Ja też mam takie udziergi. I postanowiłam je tu pokazać. :)
Od samego początku:)

1. Od samego początku to moje dzierganie jakoś szło, te najprostsze udziergi były chętnie noszone i po prostu użyteczne.
Aż kiedyś w 2010 roku zrobiłam poncho, moje pierwsze zresztą. Nie było wtedy jeszcze dostępu do dobrej jakości włóczek, w pierwszym napadzie dziergania kupiłam więc rożnych różności włóczkowych, które okazały się potem niestrawnymi akrylami.
Ale wtedy jeszcze stwierdziłam, że czarne, dość grube motki, będą fajnym materiałem na poncho.
I zrobiłam:



To jedyne zdjęcie, jakie posiadam. To zwykłe poncho wzorem z liści, zrobione z dwóch prostokątów. I zrobione z czystego akrylu pod nazwą Puchatka, czy coś w ten rzucik.
Tak właśnie.
Nie chciało się to blokować (oczywista oczywistość), więc żeby się to jakoś układało na ludziu, potraktowałam żelazkiem. Pod wpływem gorąca stało się bardziej lejące i wszyscy, którzy do tej pory mnie w tym widzieli (może ze 4 razy?), mówili, że ok, że pasuje, że ładnie wyglądam. Może i tak, ale nie czuję się zupełnie. No nie i już, skrzypi mi w głowie ten akryl od samego noszenia i przypomina każde skrzypiące przerabiane oczko. Poncho więc leżało ze 3 lata w pudle przeprowadzkowym. A że ostatnio były porządki, to poncho pojechało w świat, może komuś się przyda. :)

Kolejna nieudana rzecz, przy której bardzo się napracowałam, to komin.



Zrobiony dziecku w komplecie z czapką. Czapka była noszona aż do zmechacenia, aż synek nie wyrósł, za to komin leżał. Sam w sobie był piękny, tylko, że młody się po prostu z nim nie polubił. Od zawsze był na nie dla wszelkich szalików i innych szyjogrzejów. Na szczęście i komin i czapka dostały drugie życie, zostały przerobione na dorosłą czapkę, którą niedługo pokażę:)

Kolejny niewypał to szalik z malabrigo lace. Robiony podwójną nitką na drutach 3mm miał ogrzewać mężowską szyję. Został założony raz pod przymusem. W tym roku zlitowałam się i go sprułam, wełna czeka na wenę. I na kogoś, kto ją doceni:)



Kolejną niezbyt udaną rzeczą były mitenki. Gasteropoda  to wzór ciekawy, mitenki robi się dookoła w poprzek. Tyle tylko, że zakładanie takich długich mitenek, gdzie nie wiadomo czy pod rękaw bluzki czy na, mija się z celem. Są zwyczajnie niepraktyczne, a szkoda, bo zmiany kolorów fajnie układają się w robótce. Mitenki również zostały sprute - będą z nich skarpetki:)



I jeszcze jedna nieudana rzecz. Sweterek Dahlia. Tak bardzo byłam podekscytowana tym projektem i tak bardzo chciałam go nosić, że moje rozczarowanie było potem ogromne.
Nie umiem nosić takich swetrów. Spadają mi z ramion, nie układają się, no nie i już, a naprawdę dzielnie próbowałam.
Do tego rękawy trochę za wąskie mi wyszły - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że we wszystkich projektach muszę mierzyć głównie obwód ręki a dopiero potem patrzeć na inne wymiary.
Sweterek czeka na prucie.


Więcej grzechów nie pamiętam. Jak widzicie, nie są to jakieś spektakularne wtopy, same robótki były udane, tylko przeważnie nie zgrały się z właścicielem, czy to z powodu fasonu, czy użyteczności. 
A czy Wam wszystko zawsze wychodzi tak, jak chcecie? Macie coś niezbyt udanego?

wtorek, 14 marca 2017

Baila

To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Gdy zobaczyłam czapkę Pauli, koniecznie chciałam taką mieć. Już, natychmiast i to w tym samym kolorze.
Niestety, jak to ze mną bywa, oryginalna włóczka okazała się nie-do-dostania :( Smutek.
Jednak nie na długo, bo jak wiecie, dostałam od Tupci dwa cudne motki Malabrigo Chunky.
Jeden ravelry red - z którego powstała poprzednia czapka, a drugi - azul bolita.
Kupiłam więc wzór i bardzo szybko powstała moja Baila:) Jeszcze przed tą czerwoną czapą.

Wiem, idzie już wiosna, a ja o czapkach. No cóż, zawsze chadzam własnymi drogami:)
Oto moja Baila:)








Jeden motek wystarcza w sam raz na czapkę. Przerabiałam zgodnie z wzorem na drutach 5, 5,5 i 6 mm.  I bardzo ja lubię, W największe mrozy świetnie sprawdzała się razem z ulubionym kominem:)


niedziela, 19 lutego 2017

Na czerwono przeganiamy zimę:)

Wbrew pozorom lubię kolor czerwony. Nie każdy, ale odcienie chłodne, przykurzone, ciemne, są zdecydowanie moje.
Herbimania ogłosiła akcję przeganiania zimy właśnie tym energetycznym kolorem.
Mam dość tegorocznej zimy i miałam ochotę własnie na coś mocnego, optymistycznego i z charakterem:) A że dostałam od Tupci włóczkę w najbardziej czerwonym kolorze, jaki tylko jest, to było wiadomo - będzie czapa:)





Kolor to ravelry red, oczywiście na zdjęciach jest przekłamany, zresztą na każdym z trzech monitorów wygląda u mnie inaczej. Uwierzcie na słowo - jest bardzo czerwony i daje powera, bardzo tę czapkę lubię:)

Wzór wymyśliłam sama, a w zasadzie od razu wiedziałam, że to będzie fałszywy ścieg patentowy czy jakoś tak się to nazywa:) Tu kolor robi robotę, nie potrzeba kombinacji alpejskich:)

A w następnych wpisach - kolejne czapki:)

poniedziałek, 13 lutego 2017

Romans

Historia tego sweterka nie była aż tak skomplikowana, jak poprzedniego udziergu.
Gdy wróciłam do dziergania, z miejsca zajrzałam do znanych sklepików włóczkowych, starych blogów i okazało się, że sporo się zmieniło w drutowym świecie przez 2 lata. Na przykład Tupcia zaczęła farbować włóczki na obłędne kolory. Z miejsca zakochałam się w sorbecie wiśniowym, w kilku innych zresztą też.
Jakoś w tym samym czasie pokazał się wzór na sweterek Melanie.
Od razu wiedziałam, że go zrobię i to właśnie z tej nitki. Chwilkę trwał dobór drugiej nitki do kompletu. Idealnie mi pasowała Vaniccia z Lany Gatto - kompletnie mi wcześniej nieznana. Skusił mnie kolor.
I gdy tylko miałam przerwę w dzierganiu Multiróżu (w oczekiwaniu na włóczkę), wzięłam się za Melanie. I nawet pierwszy raz w życiu zrobiłam próbkę. :)))
Była miękka jak chmurka, aż trudno było przestać ją dotykać.



Bałam się tego sweterka jak diabli. Próbka wyszła mi za mała o centymetr. Cośtam więc poprzeskakiwało na tych moich niematematycznych neuronach i wybrałam rozmiar.
Na szczęście Aga zwróciła mi uwagę, że mówiłam o swoich niewymiarowo grubych ramionach i doradziła większy rozmiar. Gdyby nie ona, siedziałabym teraz rwąc włosy z głowy i płacząc nad pięknym swetrem, którego nie mogę nosić.



Sama robótka poszła jak z płatka. Błyskawicznie, aż do momentu, w której zabrakło mi włóczki moherowej. Na pół rękawa, uwierzycie? Znów!
Dziwnym trafem jednej i drugiej włóczki schodziło mi po równo, inaczej niż we wzorze.
A chciałam rękawy troszkę dłuższe niż w oryginale. Więc czekałam prawie miesiąc, aż w sklepie pojawi się moherek, bo okazało się, że tam również go zabrakło.
No ale już skończyłam, uprałam, ponosiłam i mogę się pochwalić:)
Oto moja Melanie, czyli romans eleganckiego wzoru z niebywałą włóczką.




Sweterek pięknie się układa, jest bardzo wygodny i ciepły. Wzór jest czytelny, dokładnie rozpisany, zgadza się co do oczka. Jest to mój najbardziej elegancki udzierg i kocham go, choć jest to trudna miłość.
Tak, niestety ten piękny wiśniowy moherek żre. Nie gryzie, nie podgryza, nie drapie, ale żre jak wściekły. O wiele bardziej niż Multiróż, który przecież jest wensową szczotką.
Co prawda Melanie noszę na gołe ciało i jakoś wytrzymuję, ale pod koniec dnia pracy przy dekolcie mam czerwone ślady na skórze.  Niestety.
Ale wiecie, że jak kot* się na coś uprze, to nie ma mocnych?
Więc noszę i będę nosić i niewykluczone, że zrobię jeszcze jeden. Kiedyś.
Żałuję, że z mojego ulubionego Kidmohairu Adriafilu nie było takiego odcienia włóczki.
No cóż.
A może znacie jakiś inny Kid Mohair, który nie gryzie?



No i metryczka:
Wzór: Melanie
Druty: 4mm
Włóczka: KolorLove Sorbet Wiśniowy od Magicloop i SilkMohair Vinaccia z Biferno
Zużycie: po 6 motków

A teraz już nie mam wyjścia, zamęczę Was czapkami:)


* Kotem nazywa mnie mój osobisty mąż i chyba coś w tym jest ;)

poniedziałek, 6 lutego 2017

Multiróż

Czapkostory będzie jednak opowieścią w odcinkach przerywanych innymi wpisami, bo dziewczyny na FB domagają się pokazania sweterka:) A i ja już bardzo chciałam się nim pochwalić:)

Wiecie, dzierganie na drutach to dla mnie jakaś magia.
Bierze się nitkę, zaplątuje na drucie, po chwili jest z tego kawałek czegoś, coraz większy i większy, i w pewnym momencie następuje takie "klik" i nagle udzierg nie jest już nieokreślonym czymś, ale częścią ubioru, jeszcze niedokończoną, ale jednak.
To już nie tylko plątanina nitek, tylko coś noszalnego, co cieszy, zdobi i daje satysfakcję. I wtedy chce się skończyć pracę jak najszybciej, żeby móc już dzieło pokazać światu.:) I zarzucić na grzbiet/głowę, stopy itp.:)

Z tym swetrem było inaczej.

Jego historia jest baaaardzo długa, ma kilka ładnych lat.
Zaczęła się, gdy Laura jeszcze przędła piękną wełnę.
Spojrzałam na kolor i zakochałam się. Co z tego, że to Wensleydale, czyli drapiąca szczotka a nie mój ulubiony corriedale. Ma za to przepiękny kolor i połysk, zakochałam się i już.
Kupiłam i chciałam od razu zacząć robić "coś". Padło wtedy na Ruby - sweterek wymyślony przez Effcię. I miałam już spory kawałek, ale okazało się, że ten fason kompletnie na mnie nie leży. Poszerza ramiona, sprawia, że sylwetka staje się potężna, no po prostu nie czułam się w nim dobrze.
W międzyczasie przyszło mi do głowy, że jednak na sweter to tej wełny mam za mało. Polowałam więc w Laurowym sklepiku na kolejna porcję wensa, i gdy trafiła się w jaśniejszym odcieniu różu, bez wahania kupiłam.
Kombinowałam z tym swetrem ile się dało, paski, nie paski - nic mi nie szło.
Zrezygnowana poprosiłam przyjaciółkę o pomoc, ona robi piękne swetry. Jednak i ona nie miała pomysłu na tę wełnę, zewłok niedopruty przeleżał ładny kawał czasu. Potem wiecie - przeprowadzka, choroba. Tak, minęło kilka ładnych lat.
Aż w końcu, gdy wróciłam do drutów i gdy zobaczyłam Tuptupa w jej wersji Capside Cardi, coś zaskoczyło. Od razu pomyślałam o wensie.
Wrzuciłam na druty - sprutą wełnę, bez prania, prostowania, bez zrobienia nawet próbki!
Szło całkiem sprawnie, pokombinowałam z kolorami, żeby "zagrało" i leciałam z koksem.

Okazało się jednak, że wens jest wełną ciężką i inaczej ją trzeba mierzyć, niż merino czy alpakę. Wełny zabrakło idealnie na rękawy. Czyli 200 g.
Załamana napisałam do Laury, ale okazało się, że sklepik zamknięty na głucho. Odesłała mnie do Justyny, która po obejrzeniu fotek podjęła się wyzwania doprzędzenia i dofarbowania wełny na rękawy.
By jak najwierniej dobrać kolor, całość swetra pojechała do Poznania a potem z powrotem:) Kolor okazał się dobrany prawie w punkt:)
Laurowa wełna nie była równiutko farbowana, w udziergu wyszły pasy jaśniejszych i ciemniejszych tonów, więc różnica kolorystyczna nie rzuca się w oczy a całość ma charakter unikatowy.
Skończyłam mój Multiróż:)

A dlaczego z tym swetrem było inaczej?  Bo podczas robienia nie doczekałam się na mój "klik".
Cały czas się zastanawiałam, czy dobrze dobrałam wełnę do wzoru, czy ta drapiąca szczotka mnie nie zeżre i da się nosić, czy oczka się ułożą, czy trafiłam z rozmiarem...
W sumie nawet po skończeniu i wypraniu nie byłam do końca do niego przekonana.
Zabrałam go do pracy... i dopiero gdzieś po połowie dnia poczułam, że to mój sweter. Taki bardzo mój, którym można się owinąć, dzięki któremu nie marznę w pracy i czuję się w nim po prostu świetnie. Nigdzie mnie nie pije, rękawy nie są za wąskie a gryzienie nie jest uciążliwe.
Zobaczcie same:



Zdjęcia niestety tylko balkonowe, bo z rożnych przyczyn nie udało nam się wyjechać nigdzie w plener.

Mąż mój wybitnie nie lubi fotografowania, ale jakoś udało mi się go namówić.



Oczywiście akademia głupich min musi być:)


I zbliżenia - tu już w świetle sztucznym.



I metryczka:

Wzór: Capside Cardi autorstwa Alicii Plumer
Druty: 3,5, 4 i 4,5mm
Wełna: Ręcznie przędziona Wensleydale
Zużycie: dużo, ponad pół kg na pewno.

Polecam ten fason, jest bardzo wygodny i praktyczny. Przez to, że sweter jest oversizowy, da się nim otulić i na upartego nawet spiąć spinką, ale nie jest to konieczne. Rękawy takie dłuższe, w końcu to sweter z funkcją grzewcza:)

Jeśli zastanawiałyście się, czy go zrobić - polecam. Nie będziecie żałować.:)

Następny post czapkowy czy ze swetrem?

piątek, 3 lutego 2017

Wspólne dzierganie i czytanie

Po raz pierwszy postanowiłam przyłączyć się do wielkiej akcji Maknety.


Postanawiam to, odkąd akcja istnieje, bo książki towarzyszą mi zawsze.
Ostatnio druty wygrywają, bo nie umiem jednocześnie przerabiać oczek i czytać, zazwyczaj przy robótkowaniu oglądam jakiś film lub serial, książka albo wieczorem w łóżku albo gdzieś mimochodem w pociągu, albo gdy gotuję i na skupienie się na robótce nie ma szans pomiędzy mieszaniem zupy a krojeniem warzyw;)

Kilka lat temu skusiłam się na czytnik Kindle i to była jedna z lepszych decyzji w życiu. Kocham książki, papierowe również, niektóre po prostu muszę mieć na półce.
Ale
Jednocześnie kocham lasy, drzewa i cieszę się, że czytając wersję elektroniczną książki, być może przyczyniam się do uratowania któregoś z drzew.
Poza tym książka jednak waży więcej niż czytnik, a z uwagi na stan kręgosłupa staram się dźwigać jak najmniej:)
Jestem zaprzeczeniem większości kobiet pod tym względem, bo moja torebka ma wymiary mikro - mieści się w niej portfel, mały kalendarzyk, powerbank, lusterko, szminka, chusteczki i długopis. I to wszystko na wcisk, nie wejdzie już nic więcej.
No ale ja nie o tym...
Z drutów schodzi kolejna czapka, energetyczny kolor z uwagi na akcję Herbimanii:) a poza tym jest po prostu piękny:) a w czytaniu jest bardzo nietypowa książka, bo mówi o... drzewach.





"Sekretne życie drzew" Petera Wohllebena, to podobno bestseller, o którym wiedzą wszyscy. Ja bym nie wiedziała, gdyby nie bliskie spotkania z Tutupem:*



Książka opowiada o życiu drzew, o tym jak się porozumiewają, jak się bronią, wspierają i żyją w harmonijnym ekosystemie. Opowiada w sposób fascynujący, trudno książkę odłożyć, bo w miarę czytania chce się zagłębiać coraz bardziej w ten niesamowity nieznany świat. Bo dochodzimy do wniosku, że dotąd o drzewach nie wiedzieliśmy nic.
Zamierzam delektować się tą lekturą i na pewno uważniej przyglądać się otoczeniu podczas zbierania grzybów i spacerów po lesie:)

Jeśli jesteście serialomaniakami, jak ja, to mogę również wspominać tu o tym, co aktualnie ciekawego oglądam:)



Ostatnio pochłonął mnie serial Designated Survivor - przy drutach obejrzałam wszystkie docinki w 2 dni! Serial opowiada o wydarzeniach w Białym Domu po zamachu na prezydenta i Kongres. Nie lubię seriali politycznych, ale ten niesamowicie trzyma w napięciu, akcja jest szybka, bez politycznego przynudzania, no i doskonały Kiefer Sutherland w roli nowego prezydenta:) Polecam!



środa, 1 lutego 2017

Czapkostory vol. 1

Obrodziło u mnie w czapki.

Będzie ich całkiem sporo, w sumie mam ich teraz tyle, ile nie miałam jeszcze w życiu, a na przerobienie czekają jeszcze dwa kłębki:) Jeden czerwony, bo nigdy nie miałam czerwonej czapki - no i jest akcja Herbimanii, a drugi fioletowy, bo przecież nie tylko czapek, ale i fioletu nigdy dość:)

Kiedy rzuciłam w kąt nieudany len, potrzebowałam szybkiego, motywującego udziergu, bo wiedziałam, że robienie Campside Cardi będzie trwało, tym bardziej, że czekałam na wełnę, która miała się dopiero uprząść.
Wiecie, taki szybki sukces miał być.

Traf chciał, że wtedy Wiola opublikowała wpis ze swoją piękną czapką. Zakochałam się, no trudno się nie zakochać, czapka świetna,  kolor włoczki idealnie dobrany do urody właścicielki.
Nie zastanawiałam się długo, kupiłam wzór, wybrałam tę samą włóczkę, ale w kolorze Peacock i ruszyłam z koksem.

Zakładałam, że pójdzie szybko - wzór idealnie rozpisany, bardzo plastyczny, ciekawy i choć nie lubię warkoczy, to z mozołem przerabiałam oczka na drucie pomocniczym.
I tu po raz pierwszy zemściło się moje zbyt ciasne dzierganie.

Po zrobieniu połowy czapki przymierzyłam. Próbowałam raczej, bo czapka była na głowę dziecka a nie na dorosłą dużą łepetynę.
Było więc prucie do zera i zaczynanie od nowa na ciut grubszych drutach. Starałam się robić luźniej, mama mnie dopingowała, włóczka i wzór zachwycały nieustannie. Na końcu, tuż przed obcięciem nitki, przymierzyłam... I czapka okazała się za płytka! Zakrywała tak czubki uszu mniej więcej:(

No jakim cudem pytam się? Robiłam wszystko zgodnie z opisem!
Do dziś nie wiem, jak się to stało.
Znów było prucie sporej części czapki i dorabianie jeszcze kawałka motywu, ponowne zakańczanie.
Czapka po założeniu była w sam raz, liczyłam też, że po praniu odrobinę się rozciągnie.

No cóż, włóczka to Malabrigo Rastita, 1-ply, która nie rozciąga się tak, jak wielonitkowce. W czapce więc chodzę, jest ciasnawa, choć tego nie widać, jedynie jak czapkę zdejmę, to mam pięknie na czole odbity wzorek z fakturą udziergu.
Kolory bardzo fajnie się rozłożyły, czapka jest trochę zielona, trochę fioletowa i przejścia kolorystyczne są łagodne, nie jakaś sieczka co okrążenie.
A samą czapkę polecam, wzór naprawdę fajny.

Zastanawiam się cały czas, czy pruć i robić na jeszcze większych drutach. Na razie nie podjęłam decyzji:)





Wzór: Keep Cute Hat Hani Maciejewskiej
Włóczka: Malabrigo Rastita w kolorze Peacock, podwójna nitka
Druty: ostatecznie 4 i 4,5 mm
Zużycie: jeden motek.

A Capside Cardi już skończony, schnie sobie, a ja czekam jeszcze na odpowiedni dzień, kiedy dam radę złapać jakieś normalne światło (czyli weekend) i namówić osobistego męża na sesję zdjęciową. Zgranie tych dwóch rzeczy może być nie lada wyzwaniem;)
A na razie szukam fajnego wzoru na mitenki:)

środa, 25 stycznia 2017

Bolączka i poncho

Moją największą bolączką dziewiarską jest to, że strasznie powoli dziergam.
Przypominam sobie, jak robiłam mój pierwszy szal ażurowy - trwało to wieki, chyba z 2 miesiące intensywnej pracy.
Teraz co prawda robię trochę szybciej, niż wtedy, ale jak widzę inne dziewczyny machające drutami, to bierze mnie żałość na moje tempo dziergania. Bo o ile przyspieszyło ono na początku mojej dziewiarskiej drogi, to mam wrażenie, że od tamtej pory postęp jest żaden.
Ból jest tym większy, że uwielbiam cieniutkie niteczki, przerabiane na cieniutkich drutach a rozmiar mojej figury jest bardziej niż słuszny. Takiej robótki przybywa w ślimaczym tempie.
Więc czasem trzeba na druty wrzucić coś grubszego z nadzieją, że będzie szybko przybywać:)
Tak myślałam, kiedy wrzucałam na druty grubą Peruvian Highland Wool od Filcolany.
Zamarzyło mi się bowiem poncho. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, do tego gdzieś przeczytałam, że wzór jest dostępny po polsku w jakiejś gazetce.
Ile ja się tej gazetki naszukałam! Nawet w wydawnictwie były dostępne wszystkie numery, oprócz tego jednego z ponchem.
No ale w końcu się udało:)
I jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że grubymi drutami wcale nie robi się aż tak szybko a ręka męczy się szybciej niż przy cieńszych. Tak, druty 5mm to dla mnie grubasy. Do tego robótka ciężka i obszerna, na końcu grzała kolana aż miło.
Jednak udało się, mam swoje wymarzone poncho i uwielbiam je nosić:) Paleta barw Peruviana jest bardzo duża, ale czy ktoś jest zdziwiony moim doborem koloru? ;)
Mąż dał się uprosić o zdjęcia, ale jakoś bez przekonania je cykał, wyszła z tego akademia głupich min i teatr cieni, więc nadających się do pokazania zdjęć wyszło niewiele. Ale rozgrzeszam go, mimo słońca było jakoś zimno i nieszczególnie.





Wzór: Poncho by Bergere de France
Włóczka: Peruvian Highland Wool od Filcolany
zużycie: 9 motków (większa wersja)
druty: swoim ostatnim zwyczajem nie zapisałam:( ale chyba 5,5, jak sugerują.

Poncho ma prostą konstrukcję i zdaję sobie sprawę, że na wiotkich i wysokich istotach prezentuje się bardziej elegancko, ale cóż. Nic nie poradzę i nosić będę. Jest wygodne i bardzo ciepłe.
Zastanawiam się tylko nad przeszyciem części rękawkowej bardziej z przodu - rozmieszczenie idealnie pośrodku udziergu nie wydaje się być najszczęśliwszym rozwiązaniem. Zbieram się do tego od dawna i jakoś nie mogę się zmobilizować.
Peruvian jest bardzo fajną wełną. Gryzie umiarkowanie (mnie gryzie nawet malabrigo, więc wiecie...), jest bardzo ciepła i poncho na razie nie ma śladów mechacenia. Na pewno jeszcze po nią sięgnę:)

A teraz pochłonęły mnie czapki, więc spodziewajcie się wysypu, zajawki na FB i Insta już były.
Biorę też udział w akcji Herbimanii "Wszystko czerwone" oraz w skarpetkowym KALu na ravelry:)
Będzie się działo (zapewne po nocach;))




środa, 18 stycznia 2017

Straszny wstyd i podaj dalej

Do tego posta przymierzałam się bardzo długo. Bardzo. A im bardziej się przymierzałam, tym bardziej mi było wstyd. A ponieważ mi było wstyd, to szukałam wymówek...
No ale czas uporządkować swoje wewnętrzne ja i koniec z zamiataniem śmieci pod dywan.
Dodgers. strasznie, ale to strasznie Cię przepraszam. Kajam się i biję w piersi.
I już wyjaśniam o co cho.

Kiedyś krążyła po blogach dziewiarski zabawa "podaj dalej". Polegała ona na tym, że osoba, która zgłosiła się do zabawy otrzymywała od poprzedniej dziewiarski prezent - włóczkę lub niewielkie wydziergane coś, a tym samym zobowiązywała się do tego samego wobec kolejnej osoby (osób), która się zgłosi.
No i ja się zgłosiłam.

Otrzymałam w maju 2013 roku od Dodgers przepiękny prezent - włóczkę farbowaną na specjalne zamówienie w fioletach i szarościach. Przez Martę Myszopticę. Bo dziewczyny się dogadały, że wycyganiłam wcześniej od Marty motek uprzędzionej przez nią włóczki, z której machnęłam sobie czapkę, która to jest moją najulubieńszą ever.



Włóczka trochę czekała, ale nie jakoś specjalnie długo, i zrobiłam z niej szaliczek zwany Hitchhiker.
Prościzna, ale tego typu włóczki nie potrzebują wymyślnych wzorów, by pokazać swoje piękno.
Było to w 2014 roku w styczniu. Szaliczek od razu z drutów powędrował na szyję, bez prania i blokowania.
Potem było szukanie mieszkania, formalności związane z zakupem, sprzedażą starego, przeprowadzką, remontem, chorobą i śmiercią taty, potem zaczęłam chorować ja - gdzieśtam wspominałam o tym wszystkim.
Nie umniejsza to faktu, że zawaliłam sprawę po całości.

No więc po tak długim czasie, jeśli ktoś będzie chętny (dwie pierwsze osoby), to chciałabym reaktywować zabawę. Chcę podać dalej ten wspaniały dziewiarski prezent, który dostałam - oczywiście w innej formie.
Osoby, które się zgłoszą otrzymają ode mnie upominek dziewiarski, mniej więcej, np. co do koloru możemy się dogadać, osoby te zobowiązują się też kontynuować zabawę i obdarować kolejne dwie osoby.

A tak oto prezentuje się mój szaliczek - jest z cieńszej włóczki niż czapka, ale kolory zgrane idealnie, tak jak i czapka, jest bardzo mój:)